Social



sobota, 15 lipca 2017

(Nie)wymarzony pies





Nie będzie to standardowy post o tym, jak bardzo cudowny i idealny jest nowy szczeniak. Będzie wręcz tego zupełną odwrotnością. Jednak chcę go napisać, żeby pokazać, że czasem nie wszystko toczy się tak, jak to sobie planujemy...

Na początku 2016 roku w końcu znalazłam to, czego szukałam. Wspaniała, wręcz idealna hodowla owczarków belgijskich. Po pierwszej wymianie emaili z hodowczynią byłam już pewna, że to jest właśnie to. Phoebe, po której miał być miot była piękną, małą, zrównoważoną suczką trenującą amatorsko IPO oraz ratownictwo. Nico, czyli ojciec, również był przedstawiony jako naprawdę świetny pies. Nadszedł piękny dzień - 10 tka szczeniaków ujrzała po raz pierwszy świat...
Ale niestety, ostatecznie musiałam zrezygnować, co z resztą część z Was wie. Nie jest to jednak koniec historii.

- Wiesz, że jesteś dzieckiem szczęścia? - spytała mnie ostatniego dnia roku przyjaciółka
Nagle ta sama hodowczyni napisała do mnie, że powtarzają miot. Szansa jak jeden na tysiąc. 
Tym razem obiecałam sobie, że jej nie zmarnuję. Pracowałam nad sobą, nad rodzicami. I udało się.
27 lutego był jak deja vu. Tym razem w miocie było 9 małych malinek, w tym 3 suczki.
Która będzie moja?

Właściwie od razu spodobała mi się ''fioletowa'' dziewczynka. Najmniejsza, prawie czarna, na filmikach trzymająca się nieco z boku, ale jednocześnie bardzo przyjazna. Po kilku tygodniach oczekiwań w końcu dostałam zielone światło od hodowczyni, która ostatecznie zdecydowała się wybrać dla siebie inną suczkę. Czysta euforia!
Następne tygodnie upływały mi pod znakiem coraz większego szczęścia - mój belgut pięknie rósł, był przekochany, a ludzie przyjeżdżający obejrzeć szczeniaki zawsze byli rozczarowani kiedy słyszeli, że ta suczka już jest zajęta. Kto pierwszy ten lepszy, jak to mówią.
Wszystko się wspaniale układało...
Cały stres w związku z wyborem hodowli zupełnie mi minął, kiedy poznałam osobiście suczkę Phoebe. Była właśnie taka, jaką ja chciałam mieć. Skoro matka jest tak genialna, to w końcu dzieciak też musi, prawda? 



Nie wiem w którym momencie coś zaczęło szwankować. Nie było żadnej sytuacji, która mogłaby być początkiem następnych zdarzeń. Po prostu nagle Nox zaczęła mieć problemy z obcymi psami oraz ludźmi. Światło alarmowe pojawiło się na treningu obi, gdzie Nox rzuciła się na naszą trenerkę.
Skończyło się na ostrzeżeniu bez użycia zębów z jej strony, ale już poczułam niepokój.
Podczas wyjazdu na spływ kajakowy z dnia na dzień robiło się coraz gorzej i już wiedziałam, że sama tego nie ogarnę. Niestety, spotkanie z doświadczonym specjalistą było brutalnym końcem marzeń o słitaśnym, cudownym papisiu. Nox z miejsca powiedziała ''dzień dobry'' przy użyciu zębów. Pod koniec spotkania usłyszałam: nie mam prawa cię namawiać, ale powinnaś ją sprzedać komuś doświadczonemu, kto będzie chciał trenować IPO. Tak agresywny pies w tak młodym wieku (4 miesiące) zdarza się naprawdę rzadko. Nox będzie wspaniałym psem dla rodziny, 
w 100 % oddanym, ale spacery będą ciągłą kontrolą otoczenia. Z twoim doświadczeniem, możesz nie dać rady 

Lata marzeń, planów, oczekiwań. Tysiące godzin poświęconych na szukanie idealnej hodowli, gdzie ryzyko wzięcia psa agresywnego jest minimalne.  I to wszystko na nic, po zaledwie miesiącu posiadania szczeniaka? Chyba nikt się nie zdziwi, jeśli przyznam, że po powrocie od specjalisty przez kilka godzin po prostu siedziałam i płakałam.

Nie chciałam Nox sprzedać. Zdążyłam się do niej przywiązać i poza jej problemami z obcymi ma wszystkie cechy idealnego maliniaka - (bardzo) szybko się uczy, naturalnie umie się wyciszyć, a nagrodą jest dla niej wszystko - zabawka, jedzenie czy pochwała, nie ma to znaczenia.
Ale agresja to nie zabawa i nie chciałam wchodzić w to sama. Drugą opcją poleconą przez specjalistę było szkolenie stacjonarne, na które po ciężkim dniu rozmyślań w końcu się zdecydowałam. 
Szkolenie stacjonarne dla niewtajemniczonych to w skrócie oddanie psa na kilka tygodni do specjalisty. Tak, kilka tygodni poza domem, w nowym miejscu, z nowymi ludźmi, bez kontaktu z właścicielem, Trudne? Bardzo trudne. I dla psa i dla właściciela.

Nox mieszka na Śląsku od trzech tygodni. Pewnie, że tęsknię za małą, a przede wszystkim przykro mi, że omija mnie czas, w którym tak intensywnie rośnie, bo ta chwila już się nigdy nie powtórzy. Ale kiedy rozmawiam z panią, u której obecnie przebywa, wiem że to była dobra decyzja. Bolesna, lecz dobra.

Nox wraca do mnie za kilka tygodni. Na chwilę przed jej odbiorem zamieszkam obok, by móc się nauczyć jak radzić sobie z jej emocjami. Z moimi z resztą też.

Czasem sobie myślę co by było jakbym wybrała innego szczeniaka z tego miotu. Po rozmowie z hodowczynią wiem, że tylko Nox ma takie problemy a pozostała 18 stka jest zupełnie bezproblemowa i przyjacielska. Jednak najczęściej szybko się otrząsam z takich rozmyślań, bo nic one nie wniosą ani nie zmienią.

Nie wiem jak się potoczy nasza historia po tak trudnych początkach. Czy będę błogosławić chwilę, w którym mój wzrok przyciągnęła ta mała, ciemna kulka czy wręcz przeciwnie?
Niektórzy mówią, że dostajemy takiego psa jakiego potrzebujemy, a nie takiego jakiego chcemy. Może to jest właśnie odpowiedź?